Lipiec, ciepły oddech lata.

Lipiec, ciepły oddech lata.

Mój lipiec z jednej strony jest miesiącem takim, który serwuje mi sporo stresu, nieprzespanych nocy i rozmyślań… Ale jest też druga strona medalu – lipiec mnie rozleniwił. Nie wiem jak to możliwe, że tak skrajne emocje razem idę ramię w ramię, ale idą. Mój lipiec jest intensywny, a jednocześnie senny… I kolejne pomieszanie i zaskoczenie, że w ogóle tak można. A jednak można. Uczymy się cały czas i cały czas doświadczamy. Mój lipiec jest jak kolejka w wesołym miasteczku – raz na górze, a za chwil kilka, na dole… Mój lipiec może okazać się początkiem dużych zmian… A początki zawsze są trudne, ale także pociągające i zawsze niosą nadzieję. Ten lipiec i sierpień mają szansę przynieść kilka odpowiedzi na pytania, które szarpały moje myśli od dawna. Kto wie…

Lipiec jest piękny, dobry i potrzebny. Lipiec to kolejka różności i różnorodności. Lipiec wyjątkowo dokładnie przypomina mi o dzieciństwie, zwłaszcza wakacyjnym dzieciństwie. Wakacje kiedyś zawsze łączyły się z naturą, przyrodą i najczęściej z polską wsią. Prosto i dobrze. Dobre i proste są to wspomnienia. Intensywne, a jednocześnie sielskie.

 

„Lipiec, siódmy miesiąc kalendarzowego roku, płonąc pełnią słonecznego żaru, ma nam niezmiernie wiele do powiedzenia. Rok osiąga w nim pełnię rozkwitu”

 

 

KANAPKA Z…

Miałam 9 lat. Świętokrzyska wieś. Przez wieś płynęła leniwie rzeka, która skupiała na swoich brzegach ludzi i zwierzęta. I przede wszystkim nas – dzieci. Cudowna rzeka, cudowna woda, cudowne orzeźwienie, a wiadomo – kiedyś wakacje były wyjątkowo gorące. Po wodnych szaleństwach chce się jeść. Niedaleko rzeki stała drewniana chałupa. Mieszkał w niej chłop i baba. Skromni, pokorni i pracowici – często tak bywało na wsiach. Chałupa też była skromna, cicha, a dzięki pracowitości gospodarzy – stała. Ten chłop i baba mieli wnuczkę, jedynaczkę, więc dogadywałam się z nią bardzo dobrze… Hmm. Dalej stała inna drewniana chałupa, w której było siedmioro rodzeństwa i z nimi też dogadywałam się sprawnie i chętnie. Więc nie ma to większego znaczenia kto ile ma braci i sióstr, a kto jest sam, ale nie samotny… Ale wróćmy do wspomnianej jedynaczki. Dom jej dziadków stał najbliżej rzeki więc u nich najwygodniej i najsmaczniej się jadało. Co jadaliśmy?

Pamiętam przyjemny chłód w ich chałupie, zapach starego drzewa i widok wielkiego bochenka chleba na stole. Już nigdy później nie widziałam tak pokaźnych rozmiarów chleba. Wydawało mi się, że pajda tego chleba ma z metr… Gdy się jest dzieckiem wszystko wydaje się być większym i bardziej magicznym. Smarowałyśmy kromkę swojskim masłem, a na to układałyśmy pokrojone w plasterki truskawki z ogródka, plus szczypta cukru. Smak dzieciństwa, smak wakacji, smak polskiej wsi.

Dziś zrobiłam Jagodziance podobną kanapkę. Tamta i dzisiejsza kanapka to jak dwa różne światy…

 

JAGODY

Miałam i 5 lat i więcej, a później miałam już 17 i po jagodach chodziliśmy na wiejskie dyskoteki. Wszystko miało swój czas, wszystko miało ręce i nogi, nawet jeśli pracy było tak dużo, że nie było wiadomo gdzie ręce włożyć

To była wieś, którą otulały wielkie i gęste lasy jagodowe. Te lasy jagodami stały. A dzięki tym jagodom wielu ludzi na wakacjach stało też dobrze… Dorośli wychodzili o świcie i wracali około południa z pełnymi wiadrami granatowych pereł. Naturalny skarb. Obok koloni był skup  jagód. Za swoją pracę dostawało się pieniądze. Jeśli się sumiennie zbierało, można było później kupić coś potrzebnego, coś ładnego, coś na co bez  jagód nie można by było sobie pozwolić. Moja mama, będąc ze mną na wakacjach też chodziła czasami z innymi na jagody. I gdy już uzbierała większą sumę pieniążków pojechała do pobliskiego miasteczka i kupiła mi piękne buciki – lakierki, skarpetki z koronką i śliczną sukienkę – pamiętam, a było to tak dawno…

Młodzież, jeśli chciała nazbierać sobie na dyskotekę, która odbywała się raz w tygodniu w weekend, też wcześniej musiała iść do lasu i nazbierać jagodowych kulek. Tak to było. I dziś widzę w tym sens

Ciocia nie oddawała wszystkich jagód do skupu, zostawiała część i robiła najlepsze jagodzianki na świecie, Jagodziance na pewno by smakowały…

Nie piekła ich w piekarniku tylko w piecu. Codziennie były jagodzianki i codziennie tak bardzo smakowały i codziennie ratowały głodne brzuchy, które wpadały na chwilę do domu, by coś przekąsić.

 

Lipiec to czas jagód.

Jagody to perły lata.

 

Który stwarzasz jagody

 „Ty który stwarzasz jagody
królika z marchewką
lato chrabąszczowe
cień wielki małych liści
zawilec półobecny bo uwiędnie zanim go się przyniesie do domu

czosnek niedźwiedzi dla trzmieli
smutek roślin
wydrę na krótkich nogach
ślimaka co zasypia na sześć miesięcy
niezgrabny śnieg co ma wdzięk większy zanim zacznie tańczyć
serce choćby na chwilę

spraw
niech poeci piszą wiersze prostsze od wspaniałej poezji”

 

 

SZKLARNIA

I kolejna wieś, a na tej wsi wspaniałe wakacje, które do dziś śnią mi się po nocach. Mazowiecka wieś. Ukochana. Może też dlatego, że tak blisko Warszawy, którą kocham. Która przeszła tak wiele… I którą jest za co kochać.

Wujek miał kilka dużych szklarni. A w tych szklarniach, gdy byłam jeszcze mała, uprawiał kolorowe, jak tęcza gerbery. Najpiękniejsze, jakie widziałam. Później przerzucił się na pomidory, najsmaczniejsze, jakie jadłam. I zdrowe. Wujek nie pryskał chemią pomidorów tak jak inni… Więc rosły trochę mniejsze niż w innych gospodarstwach, ale ich smak i zapach były wyjątkowe. Miał wielu klientów, którzy doceniali pomidory bez zbędnej chemii.

Spędzałam wiele czasu w tych szklarniach. Znałam je jak własną kieszeń. Dla mnie to był raj. Pamiętam jak mój tata wieczorem brał porcelanową miskę i szedł do tych szklarni i wracał z pomidorami, cebulą i ogórkami (bo inne warzywa też tam rosły) i robił sobie z tego sałatkę na kolację. Dodawał sól, pieprz i odrobinę octu. I kromka chleba. Taka to była prosta i niezapomniana kolacja. Mam to dziś wszystko przed oczami i dziś też łza zakręci się w oku na te wspomnienia. Proste wspomnienia.

Te wspomnienia to mój kufer skarbów.

Dziś, moi rodzice też mają małą szklarnię, taką zwykłą i skromną, na kilka krzaczków pomidorów. Gdy do niej wchodzę i czuję ten zapach, od razu przenoszę się do mazowieckich szklarni wujka… Nie ma już takich szklarni, nie ma już tamtych ludzi…

 

MUUU

Moja mama gdy była małą dziewczynką, spędzała całe wakacje u swojej babci na wsi. O 12 w południe gdy biły dzwony w kościele na Anioł Pański biegła do domu od koleżanki, przez pola, łąki i sady, na kubek ciepłego mleka. Gdyby nie przyszła, następnego dnia nigdzie by wyjść nie mogła. Mama była niejadkiem. I szczerze nienawidziła tego mleka i tych powrotów. Ale jak mus to mus. Dziś też nie lubi mleka i w ogóle go nie pije. Rozumiem ją… Bo ja też mleka nie pijam. Tylko odrobinę dodaję do kawy.

Pamiętam, gdy ja byłam mała, czasami chodziłam wieczorem na pole po krowy. Były trzy. Czarno- białe – nasze, polskie. Przyprowadzić trzy, szalone krowy do obory wcale nie było takie proste… Droga też nie była krótka. A krowy czuły, że mogą sobie pozwolić na więcej gdy to ja po nie przychodzę. I wszędzie krowie placki… To też był wyczyn, by nie wdepnąć w minę. To były czasy! To były wakacje!

Czarno-biała krowa to był symbol polskiej wsi. To było pewne i prawdziwe jak amen w pacierzu. Dziś coraz mniej polskich krów i wakacji z krowimi plackami. I coraz mniej pewności… Takiej jak amen w pacierzu.

 

*

Tyle lipcowo-wakacyjnych wspomnień. Mogłabym tak pisać i pisać, opisywać i opisywać, wymieniać i wymieniać… Tyle smaków, zapachów, kolorów i obrazów. I mimo że już wiele z tych dobrodziejstw nie ma, to jednak w pamięci jest wszystko… Wszystko to żyje, póki jest pamięć. To wszystko też mnie kształtowało, uczyło i pomagało mi, właśnie taki był lipiec – nauczyciel i przyjaciel w jednym. Dziś też staram się chociaż w połowie czerpać z lipcowych dni  i ciepłych lipcowych wieczorów to, co kiedyś. Lipiec jest czarodziejem. I pamiętnikiem…

 

„W powietrzu unosił się zapach jędrnych wiśni, purpurowych malin i czarnych ostrężyn, różowych floksów i okazałej mięty pieprzowej oferującej pospołu swe orzeźwiające oraz lecznicze działanie.”

Pamiętam.

Dziękuję.

U moich rodziców w ogrodzie też dzisiaj odnajduję dawne zapachy i smaki. Szukam tego chętnie. Nasza mała działka daje nam możliwość przeniesienia się w czasie… Są owoce, warzywa, kwiaty, owocowe drzewa i drewniana ławka, która pozwala odpocząć, zatrzymać się i wdychać to co widzą nasze oczy, to co słyszą nasze uszy… Ta nasza oaza, jest tak zrobiona, by przypominać nam o dawnych wakacjach na polskiej wsi.

Rodzice oswoili wróbla. Ma chorą nóżkę, ale radzi sobie całkiem nieźle. I po tej nóżce rodzice rozpoznają, że to ten, a nie żaden inny. Uwielbiam obserwować jak przylatuje na działkę gdy usłyszy moich rodziców. Siada coraz bliżej. Potrafi już usiąść na oparcie fotela. Mama daje mu pić. Pilnuje, by zawsze była świeża. Sypie mu na alejkę ziarenka słonecznika. A gdy mama cicho zagwiżdże, wróbelek zjawia się zawsze, nawet gdy jest na końcu świata

To są piękne i proste opowieści.

To jest życie.

Na tej naszej działce w tym naszym ogródku stworzonym z pasji do tego co naturalne, proste i sielskie czytam książki, tylko wcale to nie jest takie proste jak by się mogło wydawać, bo cały ten bajeczny, przyrodniczy świat rozprasza mnie bardzo… Staram się pogodzić to wszystko razem i całkiem dobrze mi to wychodzi, tak myślę, bo książki przeczytane, a obraz działki zachowany w sercu.

 

Moje lipcowe książki:

 

Siła rzeczy Roma Ligocka

Czekałam bardzo na nową książkę mojej jednej z ulubionych pisarek – Roma Ligocka w najnowszej swojej książce daje popis swojego talentu, wyobraźni i wrażliwości, jak zawsze… Siła rzeczy, nowość od Wydawnictwo Literackiew twardej okładce, około 300 stron. Zastanawiałam się, czemu na okładce jest karuzela… Musicie przeczytać, jeśli chcecie się dowiedzieć. Okładka piękna, nawiązująca bardzo do tematyki książki. Ja w ciemno czytam książki Romy Ligockiej, nigdy się nie zawiodłam, styl pisarski jakim dysponuje pisarka, bardzo mi odpowiada i trafia bezbłędnie tam, gdzie trzeba – do serca. To o czym pisze autorka, zostaje ze mną na długo, a może na zawsze…

Moje uczucie i podziw do Romy Ligockiej zrodził się od chwili, w której przeczytałam książkę Dziewczynka w czerwonym płaszczyku – opowieść, która wywarła na mnie ogromne wrażenie, ale też wstrząs…

Niezapomniana.

Kultowa.

Potrzebna.

Najnowsza książka Romy Ligockiej Siła rzeczy, to kolejna mądra, piękna i wzruszająca opowieść, która porywa czytelnika i zabiera gdzieś daleko. To książka bardzo sentymentalna i osobista. Opisy tego co było, a czego już nie ma, są wartością, którą warto zachować w pamięci. Te opisy rzeczy, miejsc, zdarzeń i ludzi, których już nie ma… To jest podróż do przeszłości, ale w tej podróży do przeszłości możemy odszukać dla siebie coś, co przyda nam się w teraźniejszości, w naszym obecnym życiu. Wyciągnąć lekcje i zastanowić się nad wieloma rzeczami, sprawami, nad życiem…

 

„Piękna, poruszająca, pełna tęsknoty, opowieść o pamięci i więzi pokoleń. O sile rzeczy, które nadają sens codzienności i ocalają najcenniejsze wspomnienia.”

Najcenniejsze wspomnienia…

„Roma Ligocka, autorka bestsellerowych książek, wraca do historii swojej rodziny i świata, który zaginął.”

Wojna zabiera wiele. Tylko pamięć może coś ocalić. Dziś też mamy wojnę, tylko trochę inną… Roma Ligocka w Sile rzeczy też nawiązuje do obecnej światowej sytuacji… Pandemii…

Przecież miało się już nie powtórzyć… Powtarza, tylko inaczej, na miarę XXI w.

„Wieczorem, tego dnia napiszę do przyjaciół: ‘Teraz wszyscy jesteśmy dziewczynką w czerwonym płaszczyku’. Już nie tylko ja sama wiem, co to znaczy: uciekać przed śmiercią.”

 

Mocne to słowa?

Mocne.

Czemu Roma Ligocka tak napisała? By zrozumieć, trzeba przeczytać jej pozostałe książki, a zwłaszcza Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku, a następnie Siłę rzeczy. Ja już rozumiem, ja już czuję, ja jestem zaniepokojona…

Siła rzeczy jest w większej części napisana w formie pamiętnika. Pamiętnik Anny Abrahamerowej – babci Romy Ligockiej. Ma to swój duży urok, czar i siłę. Jest to poruszająca lektura. Przenosimy się do Krakowa lat 1938-1939. Podróżujemy w czasie. Zostajemy zabrania/zaproszeni do świata, którego już nie ma. Przedwojenny Karków – to rarytas…

Przedłużałam lekturę, jak tylko mogłam, by wystarczyła mi na dłużej, nie chciałam, żeby się kończyła, ale wszystko co dobre, szybko się kończy… I o tym też jest ta książka.

,,Siła rzeczy” Romy Ligockiej to poruszająca opowieść o przewrotności losu, który potrafi hojnie obdarzyć, ale też niespodziewanie wszystko zabrać”

 Siła rzeczy jest hołdem dla tego co było, dla tych zwykłych/niezwykłych rzeczy i codzienności, która jest obok nas i z nami tworzy nasze życie, naszą całość, naszą przeszłość i przyszłość. To hołd dla naszej codzienności. Wszystko to łączy się za sobą i przenika. Wszystko jest ważne, wszystko ma swój cel i przeznaczenie. Z pozoru nic nieznaczące rzeczy i zdarzenia – mają swoją tajemnicę, która składa się na całość, która ma wpływ na nasze życie i na wszystko, co z nim związane.

 

Strudel z morelami.

Koszyczek truskawek.

I ucierane płatki róż na różane powidła.

 

Tak było i ma znaczenie i wpływ na to co dopiero będzie.

Dziękuję za wzruszającą i potrzebną książkę.

Polecam prosto z serca.

 

Lato Ali Smith

Nowość od Wydawnictwo WAB , książka w twardej okładce, w pięknej wakacyjnej okładce, tematyką nawiązująca do lata, więc i tytuł Lato jest jak najbardziej adekwatny. Autorka książki Ali Smith jest uznana za najwybitniejszą współczesną szkocką pisarkę. To moja pierwsze spotkanie z tą pisarka. A przecież to nie pierwsza jej książka…

Lato przyszło i jest

Lato jest czwartą książką z cyklu czterech pór roku. Autorka wcześniej napisała książki Jesień, Zima i Wiosna. Każda z nich opowiada inną historię i porusza odrębne tematy i problemy współczesnego świata. Powieść Lato nawiązuje także do tego, co mamy dziś – Pandemię… Więc książka na czasie… Bo lato… Bo świat nasz jest w kryzysie – czy to dostrzegamy, czy nie.

Na szczęście nie tylko o pandemii w niej będzie.

 

„Prozatorski poemat na cześć pamięci, przebaczenia, zrozumienia i carpe diem.”

 

Carpe diem – brzmi zachęcająco.

Lato zachęca do przemyśleń, do wyciągnięcia wniosków. Będzie szczypta melancholii, ale też optymizmu. Odnajdziemy w powieści coś co dziś jest nam potrzebne… Coś, co pozwoli nam poukładać w myślach… galopujące myśli… Dziś jest w nas tyle pytań do świata, a świat nie zawsze chce odpowiadać. A jeśli nawet odpowiada, to skąd mamy wiedzieć co jest prawdą?

Prawda jest w nas.

„Lato to powieść o ludziach w przededniu zmiany. Są rodziną, ale uważają się za obcych. Więc: gdzie się zaczyna rodzina? I co łączy ludzi, którzy myślą, że nie łączy ich nic?”

 

Gdzie się zaczyna i kończy nasza prawda…? A gdzie już się zaczyna prawda innych? I gdzie ona się kończy…?

„Tymczasem świat pogrąża się w kryzysie, a prawdziwy kryzys jeszcze nawet się nie zaczął”

Brzmi znajomo?

I kto by pomyślał, że doczekamy tego czego dziś doświadczamy…

Na pocieszenie dodam, że mimo wszystko Ali Smith w Lecie , proponuje nam jednak optymistycznie spojrzeć w przyszłość. I to jest ważne. Nadzieja jest zawsze ważna i potrzebna. Póki jesteśmy w grze, wiele się może zdarzyć. Wiele dobrego.

P.s. Jestem bardzo ciekawa książki Zima autorstwa Smith, podobno bardzo dobra, czytałam opisy i bardzo mnie zaciekawiła. Pomyślę o Zimie w zimę…

 

*

Latem szukam lip. Wielkich drzew, które tak bardzo ukochali Słowianie. Lipy są potężne, mądre i dobre. Rozglądam się za pachnącą lipą, wszędzie gdzie jestem. Lipa daje mi poczucie bezpieczeństwa i odpoczynek, przywołuje w pamięci wiejskie klimaty, które kiedyś były wyraźne i silne. Dziś trochę zbladły… Walczę o nie, walczę, by gościły przede wszystkim w moim wnętrzu, w pamięci. Tym oddycham, jak najczęściej.

„Aromatyczne lipy uginają się pod ciężarem swojego kwiecia – dobrego na przeziębienia- były dla pracowitych pszczół miododajnym rajem na ziemi.”

I dla nas ludzi jest to raj na ziemi. Czasami z tego raju gdzieś uciekamy, przed siebie, często bezsensu i niepotrzebnie. Ważne, by umieć i chcieć wracać. Kiedy wracać i jak? Jak najszybciej. Napoić się tym, co dobre, naturalne i proste… By mieć siły na ucieczki, ale przede wszystkim na powroty…

 

Ściskam lipcowym ciepłem.

asia

P.s. Jak mija Wasz lipiec? I co pamiętacie z Waszych dawnych lipcowych, wakacji? 🙂

49 komentarzy do “Lipiec, ciepły oddech lata.

  1. Witaj końcówką lipca
    Ojej, jaka różnorodna i ciekawa opowieść. I cóż mam napisać, aby nie było za długo?
    Chleb… Jego zapach przywiewa do mnie zawsze cudne wspomnienia z dzieciństwa. Właśnie wczoraj doszłam na moich stronkach do wniosku, że powinnam jedną opowieść poświęcić właśnie tylko chlebowi. Będzie to dla mnie trudne wyzwanie, bo nie mogę jeść glutenu, ale dam radę.
    Jagody, pomidory – również smak i zapach dzieciństwa. Chociaż takich pachnących pomidorów coraz mniej
    Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku znam, Muszę sięgnąć więc po kolejną pozycję.
    A lipiec rzeczywiście różnorodny, chociaż moje serce bardziej uśmiecha się do sierpnia.
    Kończę, ale o smakach i zapachach latach pisałam już tak dużo…. I mogłabym to robić w nieskończoność. Nie chcę robić konkurencji:)))) Chociaż i tak jesteś niedościgniona.
    Pozdrawiam nadzieją pełen pyszności sierpień

    1. Polecam Ci pozostałe książki Romy Ligockiej. Jest już ich całkiem sporo…
      O chlebie można zawsze i wszędzie opowiadać- więc czekam na Twoje opowieści o smakach i zapachach 🙂
      Niedościgniona? 😉 Eee… Tak wielu ludzi widzi i pisze o pięknie, że to ja mam się od kogo uczyć… Za Twój blog też dziękuję bo odnajduję tam wiele pięknych słów!

        1. dziękuję Ci za słowa, którymi czasem mnie obdarzasz. Są one jak anioły, które na niteczkach Internetu szybują na moje szumiące, zielone stronki.
          Zawsze przesyłasz mi ciepło i optymizm.
          Pozdrawiam w czasie Aniołów Stróżów

  2. Ile różnych opowieści związanych z lipcem… U mnie podobnie jest z sierpniem. Mnóstwo wspomnień – chociaż niekoniecznie dobrych – lecz i te też się zdarzają. Zapachy lata – coś cudownego. Pozdrawiam serdecznie

    1. Różne wspomnienia się ze sobą przeplatają… każdy ma i te pachnące kolorami i takie, które są tylko szare… Pozdrawiam ciepło!

  3. Witaj schyłkiem lipca. Dla mnie też ten miesiąc będzie się kojarzył z beztroskimi wakacjami na wsi oraz zapachem dojrzałego już zboża, które czekało na nadchodzące żniwa. I jeszcze z bajecznymi odpustami w parafii mojej babci. Pozdrawiam serdecznie

  4. W dzieciństwie spędzałam wakacje na wsi i bardzo, bardzo miło je wspominam. Również jadłam pomidory z tunelu (tak się u nas mówiło 🙂) pyszne, soczyste o nieregularnych kształtach, do tego cebula i śmietana. Nawet bez chleba 😋 Piłam mleko prosto od krowy jeszcze ciepłe. Nikt nie mówił wtedy o laktozie, nietolerancji. Jako jedna z niewielu na koloniach nie miałam problemu z jedzeniem zup mlecznych… No i czas żniw – praca, ale nam dzieciom wiele odpuszczano, choć też pracowaliśmy. Zabawy w stodole w chowanego. A potem gdy byłam starsza dyskoteki w remizie. Lubię wracać do tych wspomnień.

    1. Piękne wspomnienia. Ja zawsze miałam problemy z zupami mlecznymi i mlekiem, ale tak jak opisałam – może mam to po mamie 😉
      Stodoły… To była zabawa i przygoda! Też pamiętam… Pozdrawiam serdecznie.

  5. Lipce czasu dzieciństwa, to maleńka wioska na Pomorzu, na skraju lasu. Rodzice pracowali w Prewentorium, a nie było wtedy opiekunek, czy żłobków! Mama naszą trójkę ( ja najstarsza, potem rok po roku dwaj Bracia) sadzała na nocniki i kładła furę książeczek. Wiem, że pierwsza umiałam czytać. Bracia raczej darli kartki, ale tak to było. Z Mamą chodziliśmy do lasu na jagody, jeżyny, maliny, poziomki! I przygodę mieliśmy, gdy prawie wpadliśmy do leży dzików, które locha karmiła! I potem pędziliśmy do śródleśnego jeziora, a locha biegała wzdłuż brzegu, i Mamusia kazała się modlić, abyśmy zostali wybawieni z tej opresji. Na całe szczęście, locha pobiegła do dziczków! To był piękny czas, bo później zmieniono prewentorium na zakład wychowawczy dla młodocianych przestępców, i zaczęły się problemy, których uniknęliśmy, gdy rodzice podjęli decyzję o zmianie miejsca zamieszkania, ale to zupełnie osobna historia!

    1. Niesamowita historia… Tyle mamy wspomnień i losów…
      ” Mamusia kazała się modlić, abyśmy zostali wybawieni z tej opresji” – wzruszyło mnie to…
      Bardzo Ci dziękuję.

  6. Jak piękne są wspomnienia…Naprawdę piękne, naprawdę ważne i potrzebne dzisiaj, gdy coraz trudniej ocalić spokój, beztroskę, wiarę w dobrą przyszłość. Lipiec nadal pełen jest urody, tylko świat i jego sprawy zaburza jego widzenie, umiejętność cieszenia się tym, co jeszcze jest…
    Pozdrawiam Cię serdecznie!:-)

  7. Oj, też z wielką nostalgią wracam do wspomnień wakacji z mojego dzieciństwa. Te zapachy, te obrazki, te pomysły, które wpadały nam do głowy, a które od razu trzeba było zrealizować…
    I te pachnące lipy! Lipa jest do tej pory moim ulubionym drzewem 🙂
    Ale lipiec lubię też pewnie dlatego, że jestem lipcową dziewczyną 🙂

      1. właśnie wpadłem na pomysł, że Twoje ciepło potrafi ogrzać Jagodziankę nawet pośród nocy polarnej, pełnej zórz i niepokoi. kiedyś , gdy dorośnie, podziękuje Ci za Twoją wiarę. musi jedynie dorosnąć. niech będzie dzieckiem możliwie długo, bo ja też nie jestem pewien, czy warto dorastać…

        1. A mnie by musiał ogrzewać misiek polarny… 😉
          Dziękuję za dobre słowa i za Twoją wiarę we mnie…- w te moje ciepło, każdy je ma, tylko trzeba dać mu szansę.

  8. Bardzo podobne te Twoje lipcowe wspomnienia do moich, tylko ja jeszcze dołożę poziomki. I dzikie koty, które przychodziły na krowie, ciepłe mleko, szkoda, że nie mogłam oddać im swojej porcji.

      1. a ja posadziłem poziomki na balkonie. w skrzynce, żeby ich było więcej, niż kilka. i to się sprawdza – są słodkie, zupełnie tak samo, jak leśne!
        w kwestii malin, to wspominam nieustająco wakacje, z których udało się przywieźć niemal 30 litrów soku. do herbaty używaliśmy przez kilka dobrych lat. kupne tak nie smakują, jak leśne, choć wyglądają o wiele piękniej.

  9. Dziwna ze mnie Starka, nietypowa, bo gdy inne lepiej pamiętają młodość niż dzień dzisiejszy, ja z młodości pamiętam tylko impresje, wrażenia, detale, emocje – faktów mało, zaledwie garść. Z lata pamiętam końcówkę, gdy w ostatni dzień wakacji na wsi, u babci, szliśmy wczesnym rankiem, jeszcze po rosie, kilkuosobową bandą uczniaków, z pustymi workami jutowymi, na cały dzień bez dorosłych. Wolno nam było urywać tu i tam to pomidora, to ogórka, to wykopać kilka ziemniaków, to zebrać spod drzewa jabłka, śliwki, gruszki, to uzbierać suchych gałązek na ognisko i z tego się wyżywić. Wracaliśmy około północy brudni, radośni, chętni do szkoły.

  10. Napisałam mądry komentarz, cosik mi go zjadło więc chyba był mądry tylko dla mnie. Z młodości pamiętam, gdy w przedostatni dzień wakacji dostawaliśmy po jutowym worku i wyruszaliśmy kilkuosobową bandą, wczesnym rankiem, po rosie na całodniową wyprawę . Wolno nam było zerwać po ogórku, pomidorze, marchewce, kukurydzy, zebrać z ziemi po kilka jabłek, gruszek, śliwek, wykopać kilka ziemniaków, Piło się wodę z potoku, paliło ognisko, piekło warzywa i owoce i wracało nocą – brudni, zmęczeni i szczęśliwi.

  11. W dzieciństwie często jeździłam na wieś i bardzo miło wspominam ten czas, truskawki prosto z krzaczka.
    Super lipcowe wspoomnienia i cudownie, że mogliście razem spędzić czas.

  12. Asiu, z ogromną przyjemnością przeczytałam Twój, pełen cudownych wspomnień z dzieciństwa, post. Z ogromną przyjemnością <3 Piszesz tak malowniczo, że po prostu wszystko miałam przed oczami 🙂 Od razu i moje wspomnienia się włączyły, wspomnienie rzeki i u mnie sie pojawiło. Zawsze grupką dzieciaków chodziliśmy nad rzekę płynąca przez nasze miasteczko i praktycznie wiele dni wakacji nad nią spędzaliśmy. Teraz już w ogóle nie widać tam dzieci… czemu ? Mają inne, ciekawsze zajęcia ? Wypady na jagody, z rodzicami i kuzynostwem, również pamiętam, a później jesienią na grzyby. Cudne wspomnienia <3
    Tytuły książek zapisałam i z prawdziwą ciekawością po nie sięgnę 🙂
    Pozdrawiam Cię serdecznie, Agness<3

    1. Dziękuję bardzo. Rzeka kiedyś to był raj dla dzieci. Nikt nas nie pilnował, nawet mnie – A jestem jedynaczką, jakoś dzieci dawały sobie wtedy radę, a dzisiaj? Dzisiaj słabo dają… Pozdrawiam ciepło 🙂

  13. Mamy już sierpień, a ja dopiero dotarłam u Ciebie do lipca, ale nie szkodzi, bo nawet zmiany w pogodzie plączą nam dni i miesiące.
    Dobrze mieć takie wspomnienia, o wakacjach, dziadkach, smakach. Dobrze pilnować, by nasze dzieci miały podobne:-)
    Książki polecane zapamiętam 🙂 Nawet okładki mają piękne!

    1. Warto mieć dobre wspomnienia i dbać o nie tak by szły z nami i dodawały sił. Ja także zwracam bardzo uwagę na okładki 🙂

  14. Wczoraj rozmawiałam z koleżanką o energii, duchowości… Ona zapytał mnie, co takiego daje mi jej tyle, że tak bardzo mnie wznosi… Po krótkim zastanowieniu odpowiedziałam, że swoista prostota, natura, słońce i miłość. To są podstawy apetytu na życie …
    A u Ciebie tego tyle…
    Pozdrawiam…
    Piękny post!

  15. Kochana
    Piękny wpis, na dodatek rozbudziłaś we wspomnień ogrom💝😊
    Pochodzę z Kielecczyzny, zatem pamiętam jagody las, bliziutko mojego domku rodzinnego.
    Ale my zbieraliśmy tylko dla własnego użytku. Wszystko było jagodowe.
    Najpierw rączki, później dziecięce szczęśliwe, zadowolone, pełne radości buzie👧🏼
    Przez naszą wieś nie przepływała rzeka (pewnie chodzi o Nidę?), ale za to okalały ją dwa lasy.
    W obu ogrom grzybów, poziomek, konwalii.
    Lasy były wówczas czyściuteńkie, nie takie jak teraz pozarastane🌳🌲
    To tam byłam na pierwszym spacerze z Mężem w dniu zaręczyn💖
    Jadało się dawniej skromnie, chlebek swojski maczany w wodzie, mleku lub śmietanie, posypany cukrem🍞
    Ludzie byli bardzo życzliwi, pomocni, uśmiechnięci. Pomagali sobie wzajemnie, często w pracach polowych.
    Pomimo trudu pracy na roli, znajdowali czas na posiedzenie z sąsiadem, znajomym.
    Doskonale pamiętam smaki, zapachy, beztroskę tamtych dziecięcych lat🤗
    Dziękuję kochana za ten wpis- rozmarzyłam się z samego ranka, ale mile😘
    Serdeczności zostawiam dla Ciebie i bliskich🌻🌞🍀😀
    Oby sierpniowe dni także były radosne 😃🌼💚☘

  16. Bardzo chetnie poczytam ksiazki Romy Ligockiej. Jak skoncze dam Ci znac jakie mam przemyslenia. Ja nie jezdzilam na wies w dziecinstwie bo nie mielismy nikogo na wsi. Pamietam zapach swiezego, chrupiacego chlebka, smak konfitur i kompotow babcinych, racuszkow i nie tylko. Babcia uwielbiala robic przetwory z warzyw i owocow, duzo czasu temu poswiecala. Mamusia tez bardzo lubila gotowac, eksperymentowac w swojej kuchni. Pamietam jak przyrzadzila bazanta ktorego kolega taty upolowal i nam przyniosl. Troche zaciera mi sie jego smak, ale pamietam ze byl przepyszny. Pozdrawiam serdecznie Puszku, usciskaj Jagodzianke.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *