Talasoterapia. Moje morskie klimaty i inspiracje.

Talasoterapia. Moje morskie klimaty i inspiracje.

Lipiec i sierpień nie jest moim czasem, który spędzam nad morzem. Maj, czerwiec i wrzesień – to jest mój czas, który z przyjemnością poświęcam na morskie klimaty. A morze poświęca ten czas, swój czas, mnie, lubię tak myśleć… W tym roku wyjątkowo późno wyruszyłam nad Bałtyk, bo dopiero w połowie czerwca. Czekałam na bardziej sprzyjającą pogodę. W sumie, jeśli o mnie chodzi, to dla mnie nad morzem wcale nie musi być ciepło, byle tylko nie padało codziennie. Teraz z pogodą przede wszystkim chodzi o Jagodziankę, to dla niej wypatruję słonecznej pogody nad morzem. Maj nie rozpieszczał gorącym słońcem, a i czerwiec wcale w tym temacie nie zaszalał. Jednak nam się udało i morskie słońce mieliśmy codziennie. Los okazał się łaskawy.

I znowu wyruszyłam w moje znane, stare nadmorskie okolice. Kameralne, małe bez zbędnego przepychu i komerchy. Lubię tu wracać i lubię czekać na ten czas spędzony w mojej małej nadmorskiej mieścinie. Dobrze się tu czuję. I mimo, że ktoś kiedyś powiedział, by co roku pojechać w inne miejsce, to tu się nie chcę zgodzić – jeśli chodzi o ten mój kawałek morskiego świata. Tu lubię, tu się czuję i za ten kawałek bałtyckich klimatów jestem bardzo wdzięczna. Dziękuję, że znowu mogłam, że się udało, że znowu w dobrym składzie, że podróż szczęśliwa, pobyt udany, powrót cały i zdrowy i, że Morze Bałtyckie nadal trwa.

„Morze – otwarte dla wszystkich i nie dochowujące wierności nikomu.”

I  może to tak przyciąga?

I może to tak intryguje?

I może morze tym nęci…?

Gdybym miała użyć jednego słowa, które opisuje morze, nazwać je jakoś, określić… Gdybym miała do dyspozycji tylko jedno słowo, wybrałabym:

Wzywa.

Morze wzywa.

Ja tak to czuję, tak o nim myślę, tak je wspominam i tęsknię, gdy wzywa, a ja jestem daleko…

Na początku napisałam, że wszystkie dni mieliśmy słoneczne. Jednak był jeden dzień deszczowy, lało tak jakby ktoś siedział na chmurach i wylewał wiadra wody, jedno za drugim, i jeszcze wiatr… wiatr, który porywał kapelusze, które miały chronić, przed… słońcem.

Można było się załamać, stracić nadzieję, a może nawet zrezygnować z podróży. Tym bardziej że kolejne dni nie były pewniakami. Czasami podróż zaczyna się na mokro – niewygodnie, płata figla. A jednak ruszyliśmy, mieliśmy  nadzieję i chęci, by nadzieję utrzymać. Wszystko się zmienia… Jednego dnia jest tak, a drugiego już zupełnie inaczej. Życie to ciągle zmieniająca się pogoda, a pogoda jest jak życie – zmiany. Raz słońce, raz deszcz – i mimo, że powiedzonko oklepane, to prawdziwe. Jednak my często zapominamy o tym, że po deszczu wychodzi słońce, a gdy świeci słońce, to trzeba pamiętać, że deszcz może nadejść w każdej chwili… Ludzie zapominają, nawet o tak oklepanym powiedzonku…

 

 

Talasoterapia

Najprościej mówiąc, to jest leczenie, wspieranie morzem. Tym wszystkim, co z morzem jest związane. Jest to forma terapii. Talasoterapia wykorzystuje morską wodę, morski piasek, błoto, wodorosty, morski klimat itp. Podczas morskiej terapii wykorzystywany jest cały wachlarz możliwości, jakie proponuje i ma do zaoferowania morze i nadmorski klimat. Taka terapia dobrze by trwała minimum tydzień, jednak ja wierzę, że już jeden dzień spędzony na plaży może przynieść korzyści.

I przynosi.

Jeśli nawet nie uleczy ciała, to na pewno poprawi kondycję myśli i emocji, a jak wiadomo, jeśli choruje ciało, to przede wszystkim choruje dusza – nasz świat wewnętrzny. Ciało jest odbiciem duszy. Są powiązane i tworzą jedność. Nie zawsze o tym pamiętam, a gdy zapominam, to popełniam więcej błędów i błądzę jak dziecko we mgle, mgle, która opada mlecznym welonem na bałtyckie wybrzeże.

Są specjalne, zaawansowane zabiegi, które wykorzystują morskie skarby do tego, by poprawić zdrowie fizyczne i psychiczne człowieka. Na przykład znane i cenione algi, czynią cuda. Ale cuda czyni też sama obecność na plaży:

Spacer wzdłuż morza.

Piasek. Bose stopy, które zapoznają się z tym piaskiem. I zaczyna się wakacyjna znajomość.

Woda. Morskie kąpiele.

I powietrze, które jest nasycone makro i mikroelementami.

Jod, który jest wspaniałym i potrzebnym pierwiastkiem do tego, by organizm funkcjonował na lepszych i zdrowych obrotach. Najwięcej jodu unosi się przy linii brzegowej zaraz po sztormie i burzy. Wtedy gdy natura szaleje i się pomału uspokaja.

To jest takie proste.

Woda, powietrze, słońce i piasek.

Tak proste, że człowiek często zapomina, nie docenia, a nawet nie zwraca uwagi.

Gdy woda, słońce, powietrze i ziemia (piasek) się spotykają, gdy łączą swoje siły, gdy zaczynają swój piękny, naturalny taniec, dzieją się cuda, nawet gdy ich nie zauważamy. A jeśli je zauważymy, to dzieją się CUDA.

Więc każdy z nas kto był, chociaż na chwilę nad morzem zaznał talasoterapii. Nazwa trudna, nawet może skomplikowana, naukowa, a skrywa prostotę i dostępność. Skrywa prosty, naturalny skarb.

 

„Morze leczy skołatane nerwy, przywraca spokój naszemu sercu.”

 

Banalne?

Nawet jeśli, to jeśli to prawda, to niech będzie nawet banalna, niech nazywa – się banalna prawda. Prawda, która daje nadzieję, piękną nadzieję.

Morze też ma coś w sobie takiego, że oprócz radości, odczuwa się też chęć, by łzy mogły popłynąć. Morze sprzyja temu by łzy, które gdzieś tam w środku się zaklinowały, mogły wyjść na zewnątrz. Morze pomaga łzom rozprostować krople (kości)…

Słone morze rozumie słone łzy.

Morze wyzwala emocje. Dodaje im odwagi. Zachęca.

I ja tak mam. I ja tym razem pozwoliłam łzom, które gdzieś tam się czaiły, wypłynąć w morze.

 

„Kochała morze, magnes dla wszystkich wrażliwych dusz. (…) Słucha się morza, aby zrozumieć, że śmiech i płacz brzmią tak samo, a dusza musi czasem popłakać, żeby być szczęśliwą.”

 

Talasoterapia to rodzaj terapii, a jeśli to terapia, to dobra terapia nie boi się łez, na terapiach dobrze jest dać szansę łzom, dać szansę dojść do głosu naszej duszy.

Bo łzy to słowa duszy. Tak jak uśmiech.

 Nie, nie płakałam codziennie… 😉 Śmiałam się, marzyłam, mówiłam, milczałam, słuchałam i nie słuchałam – robiłam wiele i też nie robiłam nic. Starałam się doświadczać i iść, nawet jak nie szłam. Bo każda podróż to droga, jesteś w drodze, nawet gdy tylko leżysz na gorącym piasku i pozwalasz promieniom słońca muskać twoje gołe stopy – wtedy też jesteś w drodze.

Człowieka ciągnie w stronę wody, morza i oceanów. Człowiek czuje potęgę, jaką dysponuje żywioł wody. Morze wzywa i morze ma coś do powiedzenia. Nawet jak milczy. Morze pomaga nam w rozmowie z samym sobą. Morze skrywa tajemnicę, którą człowiek chce odkrywać, zgłębiać, poczuć. Morze ma coś, co trudno opisać, pojąć, ale czujemy, że warto iść w jego kierunku. Nawet jeśli nie zawsze, nie często, to od czasu do czasu – wzywa.

Wzywa, więc jestem.

„Naukowo dowiedziono podobieństwo w składzie wody morskiej i płynów owodniowych oraz surowicy krwi. Dzięki temu organizm może, w procesie osmozy, wchłaniać dobroczynne składniki mineralne.”

 Brzmi wspaniale i zaskakująco.

 

Terapia morzem, w czym pomaga:

* Stany obniżenia odporności

* Przewlekły stres

* Problemy z cerą

* Choroby tarczycy

* Choroby dróg oddechowych

* Stany wyczerpania fizycznego

* Depresja, nerwica

* Schorzenia dermatologiczne

* Osteoporoza

Itd.

 

„Korzyści płynące z terapii morzem obejmują zarówno sferę psychiczną, jak i fizyczną – efekt jest nie do przecenienia.”

Polacy często narzekają na zimną, a nawet lodowatą wodę w Bałtyku. Przyznaję i mi się zdarza. Jednak trzeba pamiętać, że taka woda znakomicie hartuje i wzmacnia organizm. Jeśli jednak komuś trudno przekonać się do tak chłodnych kąpieli to na pocieszenie niech wie i pamięta, że przebywając na plaży wdycha dobroczynne i niezwykłe powietrze – aerozol – rozdrobnione kropelki wody morskiej. I jeszcze jedno pocieszenie – ten aerozol występuje w strefie przybrzeżnej szerokości 2 km – więc nie trzeba nawet siedzieć na piachu, jeśli ktoś nie lubi sypkiego, złotego pyłu, który przykleja się do opalonego ciała 😉

 

Książka

Zawsze zabieram kilka książek nad morze, lubię poczytać na plaży, gdy Jagodzianka ma drzemkę i to akurat nie jest mój dyżur przy jej boku 😉 I mimo że na plaży nie jest łatwo mi czytać, bo morze, fale, wiatr i morska bryza przyjemnie rozprasza, to książka na plaży – dobra rzecz, fajna sprawa, a może nawet punkt obowiązkowy… Poszłam na kompromis – nie walczę. Daję szansę i książce i naturze, która mnie otacza podczas czytania. Kilka zdań z książki i kilka chwil utkwionego wzroku na falach, które zjadają morski brzeg, zjadają nawet zamki… z piasku. I tak na zmianę. I wszyscy są zadowoleni. Zwłaszcza ja.

Chciałabym dziś przedstawić Wam jedną książkę, która powędrowała ze mną w podróż nad morze, towarzyszyła mi dzielnie, dzielnie inspirowała i dzielnie chciała czegoś nauczyć:

 

‘Medycyna energetyczna’ – Jill Blakeway

Byłam bardzo ciekawa tej książki. Nie zawiodła. Wydawnictwo Kobiece kolejny raz nie zawiodło, książka zaciekawiła i dostarczyła rozrywki, ale też sporą garść wiedzy.

Co wysuwa się na pierwszy plan w moich myślach, gdy wspominam Medycynę energetyczną?

Właśnie ta wiedza.

Sporo jej w książce.

Autorka opisuje i przywołuje wiele badań naukowych dotyczących nie tylko medycyny naturalnej, ale chyba przede wszystkim badań, doświadczeń, w których główną rolę odgrywa fizyka, chemia i biologia.

Fizyka, matematyka, chemia, biologia mogą mieć wiele wspólnego z medycyną energetyczną/naturalną, jedno nie wyklucza drugiego, a może to wszystko się łączy, może to wszystko jest też po to, by się wspierać…?

Niby przedmioty ścisłe…ale autorka wszystko to opisuje w sposób przystępny, pozytywny i lekki. I to jest miłe zaskoczenie.

Co mi się jeszcze bardzo podoba?

Jill wplata w tę wiedzę, swoje osobiste przeżycia, doświadczenia, opisuje dzieciństwo – niełatwe… Opowiada nam o swoim życiu – ciekawym… Jak doszła do tego miejsca, w którym jest, a jest w miejscu wartościowym

Pasja

Empatia

Odwaga

Chęć nauki i doświadczania.

 

To znalazłam w książce, to znalazłam w opowieści, jaką maluje autorka.

Jill Blakeway leczy, pomaga przede wszystkim metodą akupunktury. I właśnie o akupunkturze dowiedziałam się sporo z tej książki, za co jestem wdzięczna, bo coś tam wiedziałam, coś tam słyszałam, ale teraz mam już ciekawe podstawy tej wiedzy, już wiem o co tak naprawdę w tym chodzi, książka rozjaśniła mi pytania, które gdzieś tam latały nieuporządkowane po głowie.

„Kiedy Jill Blakeway zauważyła u swoich pacjentów poprawę stanu zdrowia po wdrożeniu alternatywnych metod leczenia, postanowiła zbadać temat, sięgając do fachowej literatury i źródeł.”

Do wszystkiego dochodziła sama. Wytrwałość, pracowitość, ciekawość świata i empatia pomogły jej w podróży, której celem było zgłębianie wiedzy na temat medycyny naturalnej, medycyny chińskiej, akupunktury i innych naturalnych metod uzdrawiania. Pozycja ciekawa i godna uwagi. Autorka jest ciekawą i godną uwagi postacią.

„Skontaktowałam się z wieloma uczonymi i specjalistami – uzdrowicielami, profesorami, doktorami, naukowcami i badaczami medycyny energetycznej. Odkryłam, że wszyscy ci ludzie w swojej pracy opierają się na zaskakująco podobnych i powiązanych ze sobą teoriach.”

Wszystko jest ze sobą powiązane, każdy z nas jest ze sobą powiązany. Magia? Książka pokazuje, że niekoniecznie. Energia. Wszystko jest energią.

Otworzyłam teraz książkę na chybił trafił, by los zadecydował, o czym mam jeszcze Wam wspomnieć przy opisie tej książki:

Str. 80

Wiara i wdzięczność. I w kolejnej książce jest to powtarzane, przypominane,  autorka pokazuje nam przykłady, badania i dowody na to jak ważna, a jednocześnie magiczna jest wiara i wdzięczność. To są bardzo silne – nie wiem jak to nazwać – emocje, postawy ? Które mają potężne oddziaływanie nie tylko na nas, ale na wszystko, co nas otacza… 

„W końcu zrozumiałam, że chociaż moje życie było pełne zakrętów, to wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno. Ta pozornie prosta rada bardzo mi pomogła. Nareszcie uświadomiłam sobie, że rzeczywiście jestem wdzięczna losowi za swoje życie.”

I jeszcze jeden cytat z książki, którą dla Was i dla siebie otworzyłam:

„Istotna okazuje się nie tylko wdzięczność, ale także wiara. Wiara przyciąga to co nam potrzeba. Gdy w końcu uwierzyłam, że człowiek, który mnie oszukał, nie może mnie już zranić, doznałam ulgi. To ja dawałam mu moc wyrządzania mi krzywdy i teraz postanowiłam ją odebrać.”

Często i gęsto to my dajemy przyzwolenie, moc i siłę temu, kto nas rani. Odpuszczenie, wybaczenie, akceptacja, wiara, nadzieja mogą przerwać krzywdzący dla nas układ. Ten kto rani żywi się naszym strachem, lękiem, wstydem, brakiem wiary, naszym zaangażowaniem i naszą energią, którą tracimy na tego Złodzieja. Bo każdy, kto zabiera nam radość, wiarę, nadzieję i spokój jest Złodziejem.

Wiem.

Wiem, łatwo mówić.

 

Nie.

Nie, łatwo.

Ale to, co ważne, wartościowe i pomocne bywa trudne, zwłaszcza na początku.

Ja też walczę, szukam, miotam się i pisząc to uczę się i zapamiętuję te słowa tak by były też dla mnie pomocne. Wbijam to sobie do głowy, do serca

Książki takie jak Medycyna energetyczna pomagają mi wbijać sobie do głowy i serca pomocne i wspierające wartości, tematy i historie. Książka mnie odnalazła i dziękuję.

 

Rytuały

 Każdy z nas wypracował sobie swoje osobiste rytuały, świadomie i mniej świadomie, które towarzyszą mu każdego dnia. Lubimy te nasze małe/duże przyjemności, które wyznaczają pewien rytm dnia, ale też dają poczucie bezpieczeństwa, są takim puchowym przystankiem w drodze. Ja też mam takie rytuały, o których więcej pisałam Tu i Tu, mam też takie rytuały, o których jeszcze nie pisałam… 😉

Niektóre z takich umilaczy zabieram nawet ze sobą w podróż, nie wszystkie, bo chcę by część z nich, kojarzyła mi się tylko z domem, ale kilka z nich lubię mieć przy sobie, nawet gdy jestem gdzieś daleko, a może zwłaszcza gdy jestem gdzieś daleko od domu… Lubię mieć kilka domowych atrybutów przy sobie.

Podróż, wyjazd rządzą się swoimi prawami i szanuję to i poddaję się temu. W podróży robimy wszystko trochę inaczej niż na co dzień, a nawet myślimy inaczej i czujemy. I niech tak zostanie. Ciągnąć cały dom w podróż mija się z celem. Niech na wakacjach będzie inaczej niż w domu! Przede wszystkim niech będzie bardziej spontanicznie.

Hmm.

Jednak muszę się przyznać, że trochę tego domu zabrałam na mój wakacyjny wyjazd nad morze.

 

Wiadomo, książki.

Wiadomo Jagodzianka!

Wiadomo ulubione reformy.

Wiadomo, mega wygodna piżama w stylu – namiot… 😉

 

A odkąd zaczęłam używać olejków naturalnych, o których więcej pisałam Tu, zabrałam też kosmetyczkę pełną małych buteleczek, w których ukryła się natura.

Rano na szklankę ciepłej wody jedna kropelka olejku Lemon, na pobudzenie, na dobry start, na oczyszczenie, detoks organizmu. Tak robię już codziennie w domu, więc nie chciałam tego przerywać i nad morzem postępowałam tak samo. Lubię ten mój poranny rytuał z kropelką cytrynowej mocy w szklance wody. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale czuję radość, gdy mogę taką wodę pić, jestem wdzięczna za luksus picia wody, dla wielu ludzi na świecie to jest nadal luksus – szklanka wody… Nie wiem, dlaczego tak jest, nie wiem dlaczego jest brak równości, podziały bolą, zawsze… Niesprawiedliwość, którą trudno pojąć i zaakceptować.

Wieczorem przed snem uruchamiam dyfuzor (tak, zabrałam ze sobą na wyjazd) z kilkoma kropelkami olejków, których przeznaczeniem jest wyciszyć, ukoić i przygotować do snu, więc – niezastąpiony olejek lawendowy. Olejek lawendowy przydaje się też na poparzoną słońcem skórę, a nad morzem to niestety częsty widok. Smarowałam moich towarzyszy tym olejkiem, gdy promienie słońca dały im za bardzo w kość. Ulga była szybka i bezpieczna.

Przydał się też na wyjeździe olejek doTerra Deep Blue, który pomaga przy bólach kręgosłupa, mięśni, a nawet bólu głowy. Zaufałam tym olejkom i na razie konsekwentnie zgłębiam wiedzę na ich temat i odczuwam dobre rezultaty. Cieszą mnie te olejki. Jestem wdzięczna, że mogę je poznać, że mam szansę, ale przede wszystkim jestem uradowana tym, że już nie raz uchroniły mnie przed lekami aptecznymi, chemicznymi.

I jeszcze zabrałam ze sobą butlę oleju spożywczego (słonecznikowego), bo rano płuczę usta… ale o tym już pisałam kiedyś 🙂

 

Świece. Kto mnie czyta już od dłuższego czasu, ten wie, że bardzo lubię to, co naturalne, to co ręcznie robione, szukam polskiej manufaktury i na szczęście ją odnajduję. Mam słabość do naturalnych, zapachowych świec handmade. Najczęściej wybieram świece z wosku sojowego, nie zapominam też o świecach z wosku pszczelego, są droższe, ale ich właściwości są wspaniałe, świece z wosku pszczelego wpływają na nasz nastrój, emocje, ale też na zdrowie.

Lubię wieczorami zapalić świece, ale też poranki często oświetlam światłem świec, zwłaszcza jesienią i zimą. Bardzo często zabieram ze sobą zapachowe, relaksacyjne świece na wyjazdy. Nawet jak jedziemy pod namiot, czy sypiamy w samochodzie, to zawsze gdzieś się znajdzie przynajmniej jedna naturalna świeca, która przypomina mi o moich domowych rytuałach.

Tym razem nad morze zabrałam świecę z wosku sojowego z dodatkiem naturalnych olejków eterycznych od NaturaCandles, używam ich od pewnego czasu i jestem zadowolona. I ten porywający zapach – ‘lawenda, róża, cytryna, limonka, pomarańcz’-  idealnie pasuje do wakacyjnych klimatów. NaturaCandles ma w swojej ofercie wiele zapachów, które trafiają w gusta, dla każdego, kto co lubi. Mnie oprócz pięknego zapachu podoba się też wygląd tych świec – minimalistyczny i estetyczny.  Wieczorami, gdy córka już spała, siadałam na balkonie z kubkiem herbaty rumiankowej, zapalałam świeczkę i obserwowałam zachód słońca, który znikał nad koroną drzew. Relaks, slowlife, domowe hygge na wyjeździe… Świece to takie moje małe ognisko, ogień, który daje ciepło, przede wszystkim myślom i sercu.

 

Bursztyn

 Bursztyn. Nie, nie znalazłam go na plaży… Ale znalazłam go ogólnie i w ogóle i zamierzam dać mu porządną szansę. W sumie jestem prawie pewna, że nie zawiedzie, a pomoże. Bałtycki skarb kusi, by zabrać go do domu i zaprosić do naszej codzienności. Zaprosiłam. Tym bardziej, że ostatnio często wpadał mi w ręce opis bursztynów i ich wspaniałych właściwości. W kilku książkach odrywałam wzmianki o bursztynach, a nie ma przypadków… Bursztyn zachwyca nie tylko miodowym pięknem, ale także właściwościami.

Złoto Bałtyku.

Jestem w trakcie czytanie pewnej wspaniałej książki, o której niebawem opowiem na puch ze słów, w tej książce czytam o naszych przodkach – Słowianie. Słowianie wyjątkowo ufali i cenili bursztyn. Ufali naturze. Bursztyn to czysta natura. Wydaje się mi też taki nasz, rodzinny, swojski, bliski, bezpieczny…

Jantar to słowiańskie określenie bursztynu.

Skamieniała żywica drzew sprzed 40 milionów lat…

 

Właściwości/ pomoc:

* Reumatyzm

* Przeziębienie

* Tarczyca

* Choroby gardła

* Układ nerwowy

* Żołądek

* Wrzody

* Nadciśnienie

* Żylaki

* Serce

* Stany zapalne

„Aktywizuje zdolność do regeneracji organizmu, wzmacnia wiarę w siebie, motywuje do aktywności. W celach zdrowotnych pocierano jego kawałkiem czoło, kark, splot słoneczny.”

 Tak bardzo znany bursztyn, a mam wrażenie, że zapomniany, niedoceniany? Mam nadzieję, że się mylę.

„Jantar miał dla Słowian znaczenie sakralne. Stosowano go w rytuałach płodności i oczyszczania. Uważano, że pomaga osiągać odmienne stany świadomości i potęguje stany jasnowidzenia.”

Ja się przygotowuję do zrobienia nalewki bursztynowej, na zdrowie. Mam wszystko, brakuje najważniejszej rzeczy – spirytus 😉

 

Nalewka bursztynowa:

Wskazania: ból głowy, grypa, korzonki, bóle reumatyczne, bóle mięśni, dolegliwości sercowe.

Sposób przygotowania: Kawałki bursztynów zalać spirytusem na minimum 10 dni przed pierwszym spożyciem i pozostawić w ciemnym miejscu. Czasami wstrząsnąć.

Stosowanie: Wewnętrznie: 2-3 krople raz dziennie dodać do herbaty. Zewnętrznie: nasączonym wacikiem przecierać chore miejsce.

 

*

Pisząc ten tekst, przypomniałam sobie, że w prezencie, gdy Jagodzianka się urodziła dostałam piękny, oryginalny, ręcznie robiony, naszyjnik z bursztynów… Nie noszę dużo biżuterii, a nawet bardzo rzadko, więc i ten naszyjnik częściej leży schowany, niż widzi światło słoneczne, ale jest… Teraz do mnie dotarło, że z tylu możliwości, z tylu kamieni dostępnych, dostałam właśnie bursztyn na nową drogę, jaką mam pokonać z Jagodzianką… Muszę się nad tym bardziej zastanowić… 🙂 I znowu się przekonałam, że teksty, które tu zamieszam/piszę są też dla mnie, one mają mi też coś powiedzieć, przypominać, naprowadzać… Może przede wszystkim są dla mnie… Hmm…

Ściskam wakacyjnie asia

Jestem ciekawa czy macie swoje ulubione lub sentymentalne miejsca nad morzem? Bałtykiem lub innym, odległym… ?

59 komentarzy do “Talasoterapia. Moje morskie klimaty i inspiracje.

    1. Recenzownia książkowa: ja wolę góry, ale to nie znaczy że nie kocham też morza, i też jestem nim zafascynowana tak jak Ty 🙂

  1. Cudowny, morski wpis:) Myślę, że byśmy się dogadały podczas wspólnego wyjazdu;) Olejki eteryczne, świece, poranna woda z cytryną, książki to wszystko elementy mojej codziennego życia, bez których też już nie wyobrażam sobie wyjazdów.
    Morze kocham od dziecka. Zwsze wybieramy z Grzegorzem polskie, dzikie plaże. Polecam Dębki, przepiękna, szeroka blaża z białym, miękkim piaskiem, największa w Polce plaża dla nudystów;) Uwielbiam czuć pod stopami piasek i czuć jedność z naturą, pływać w morzu, opalać się.
    Jednk my musimy mieć słońce, bo moja miłość do promieni słonecznych jest tak duża, że nie wyobrażam sobie inaczej;)
    Pozdrawiam cieplutko:)

    1. Też myślę że nasz potencjalny wspólny wyjazd byłby owocny 🙂 W Dębkach byłam, plaża piękna i wyjątkowa, co prawda na golasa nie latałam, ale też było dobrze 😉 Pozdrawiam Magdaleno!

  2. Ostatni raz byłam nam morzem w maju i bardzo byłam z tego powodu zadowolona. Plaża prawie pusta, było chłodno, po niebie szybowały kłębiaste chmury. Było mi dobrze.
    Jedna doba zawsze mi starcza, dłużej na Pomorzu zaczyna mi się po prostu nudzić. Jestem człowiekiem lasu i wolę mazurski klimat, przy tym preferuję spokojne wody. Morze jest trochę dla mnie drażniące i nie potrafię w nim pływać. ;P

    1. Dla mnie morze bez fal to nie morze 😉 Morze ma fale i dlatego może “drażni” ale w tym jego siła i wyjątkowość. Jeziora są do pływania, a morze do szaleństw w objęciach fal… ;P
      Wspaniale, że jest taka różnorodność.

  3. Mnie nad morze nie ciągnie, za górami tęsknię nieustannie. Ale gdybym miał jechać nad Bałtyk, to najchętniej na Litwę, albo jeszcze lepiej na Łotwę. Byłem tam w zeszłym roku i tamtejsze pustki przypominają mi morze dzieciństwa…

    1. Słyszałam sporo pozytywnych wypowiedzi o Bałtyku w tamtych kierunkach, o których wspominasz. Nie miałam przyjemności… może kiedyś. Dobrze że jest morze, dobrze że są góry 🙂

  4. Ale mi się zatęskniło… U mnie było to tak: po wielu latach , pojechałam nad morze, nieświadoma jeszcze, że ” kluje mi się” nadczynność tarczycy. Spacerami o świcie – dowaliłam jodu o 8 pełnych lat z głowy. Niestety… przy NADczynności – od jodu z daleka. Potem przeszło w niedoczynność i pojawiła się szansa, z której skorzystałam od razu. Nad morzem czułam się wyśmienicie, niestety po powrocie moje serce odreagowało , ale nie było źle. Chodziłam po plaży i płakałam ze szczęścia, nie mogłam się morzem nasycić. Łzy wdzięczności same spływały po twarzy… Mamy zamiar w tym roku we wrześniu powtórzyć wyjazd nad morze, bo tęsknię…Książkę już zapisuję 🙂

    1. Z tarczycą to w ogóle cyrki są i warto o nią dbać. I kontrolować by wiedzieć na co można sobie pozwolić, a czego unikać. Tak, morze może dostarczyć wzruszeń i dostarcza… Udanego wyjazdu! 🙂

        1. O tak, za morzem się tęskni… I u mnie dziś pochmurna pogoda, ale jeszcze nie pada. Pozdrawiam zapachem lip.

  5. Kocham jeziora! Ale przynajmniej raz w roku jadę do mej Psiapsiółki w Wejherowie, i mam wtedy obowiązkowy jeden dzień nad morzem!
    Jedziemy rowerem wzdłuż nadmorskich wydm, wdychamy zapach i smak morza, oddychamy pełną piersią, a potem późny obiad we dworze w Bychowie, i na deser spacer 18-sto wieczną aleją grabową!
    Cymes prawdziwy!
    Serdecznosci!!!

  6. Wiele razy już byłam nad morzem i zawsze lubię tam wracać. Nie wiedziałam, że bursztyn ma takie właściwości, dobrze jest dowiedzieć się nowych rzeczy. Aż nabrałam ochoty na taki wyjazd. 😉

  7. “Gdy woda, słońce, powietrze i ziemia (piasek) się spotykają, gdy łączą swoje siły, gdy zaczynają swój piękny, naturalny taniec, dzieją się cuda, nawet gdy ich nie zauważamy. A jeśli je zauważymy, to dzieją się CUDA”
    Podpisuję się pod tymi słowami obiema rękami. I chociaż uwielbiam przebywać w różnych regionach i miejscach- zgadzam się w zupełności 🙂
    Mam nadzieję, że i w tym roku uda nam się chociaż kilkudniowy wypad nad morze.

  8. Lubię taką terapię, ale zawsze wybieram inne miejsce. Bałtyk jest wyjątkowy, tak jak każde inne morze. Nie wiem, czy w tym roku go odwiedzę, ten rok jest do bani. Zaczęłam remont łazienki i trwa on już czwarty tydzień, a końca nie widać, chyba braknie mi tego lata.

    1. Bałtyk ma wyjątkowy i niepowtarzalny klimat. Jest to morze kapryśne ale nasze, piękne i warte wiele…

  9. Terapię morzem muszę sobie zaserwować, bo dawno nie byłam.
    O właściwościach bursztynu słyszałam i czytałam.
    Pięknie piszesz i ciekawie ilustrujesz:-)

    1. Wydaje mi się że bursztyn jest trochę zapomniany i zaniedbany…hmm… a to błąd, z tego co o nim czytam to jest to złoty skarb 🙂 Dziękuję.

  10. Zawsze zastanawiam się czy wolę góry czy morze, pewnie dlatego żyję w kompromisie 😂
    Mam sznur pięknych bursztynów po babci, czasem w nim śpię, bo znam jego moc. A nalewki bursztynowe robię od lat i przecieram twarz.
    Dziękuje, że zabrałaś mnie w podróż nad morze, bo w tym roku raczej nie zapowiada się żebym zamoczyła stópkę w Bałtyku. ❤️

    1. Bursztyn ma moc a jeśli jeszcze jest od bliskiej nam osoby to moc jest większa, i bliska, bliska nam… Ja wolę góry, ale morze to dar za który jestem wdzięczna, to że wolę góry nie znaczy że nie kocham morza <3

  11. Powiem Ci, że dawno nie byłam nad Bałtykiem. Ostatnio znacznie częściej witałam do Chorwacji. Wybierałam się tam z rodziną i młodszym rodzeństwem, którzy wiadomo najbardziej cieszą się jednak z pływania i nie chcą trafić na kapryśną pogodę. Nie mniej nasze morze też doceniam i z pewnością tam wrócę, na pewno nie w sezonie. Raz że nie muszę się wylegiwać w upale na plaży a dwa chodzi głównie o ceny i brak tłumu. O dziwo w sezonie Chorwacja wychodziła taniej.
    Morze idealne miejsce dla zdrowia, by odpocząć od codzienności, choć u mnie na pierwszym miejscu jednak są ciągle góry :).
    Bursztynowe naszyjniki… Gdzie ja je podziałam 🙂

    1. Chorwackie morze i Bałtyk to dwie różne bajki 😉 I ja gdybym musiała wybrałabym góry, ale morze też kocham ale przede wszystkim doceniam i jestem wdzięczna, że morze trwa 🙂

  12. Natura leczy i to bardzo mocno leczy, jest chyba najlepszym lekarzem jaki istnieje. Tylko ludzie odeszli już tak daleko od tej natury, że często o tym zapominają… ba, nawet bardzo często temu zaprzeczają :/
    Jak zawsze wspaniały, mądry tekst i przepiękne zdjęcia <3 Kocham czytać Twoje posty, są tak bliskie temu co czuję i co cenię <3
    Pozdrawiam ciepło, Agness:)

    1. Właśnie, ludzie już nawet temu zaprzeczają – i to jest smutnawe. Zapraszam Cię zawsze i cieszę się że moje słowa puchowo Cię otulają 🙂

  13. Uwielbiam morze, jezioro, ocean, wodospad i chyba każdą wodę. Zawsze niesamowicie się relaksuje jak słyszę fale,szum wody i najchętniej mogłabym zamieszkać w jakimś morskim miasteczku najchętniej blisko plaży i codziennie oglądać zachody słońca.
    Przepiękny post i zdjęcia 🙂

  14. Mnie zdecytowanie bardziej wołają gory i to chyba one są moją terapią 🙂 będąc w górach, wysoko patrząc przed siebie odpoczywam, zapominam o wszystkim.
    Uwiwlbiam to zmęczenie ten wysiłek, a odpoczywając nasłuchuje szumu wodospadu i śpiewu ptaków… to jest mój raj, moja terapia na wszystko…
    Piękny nastrojowy wpis …

      1. Dziekuje 🙂 zimą czekam kazdego kolejnego dnia i wypatruje wiosny, żeby móc zapomnieć o tym ciężkim okresie… Dzieki zdjęciom, siedzeniu przy blogu udaje mi się całkiem dobrze przetrwać ten czas 🙂

  15. Kocham morze. Mam to szczęście, że mieszkam nad morzem i mam je na wyciągnięcie ręki. Chociaż kiedyś nie bywałam tam często, to teraz nadrabiam.
    Uczyłam się do egzaminów na studia nad morzem i zawsze zdawałam na 5!
    Lubię jeździć na plażę sama z książką jak i z towarzystwem. Morze jest piękne podczas sztormów i gdy świeci jaskrawe słońce.
    Nie zamieniłabym mojego miejsca zamieszkania na żadne inne. Chociaż góry wzywają, sercem jestem bliżej morza.

    1. “Nie zamieniłabym mojego miejsca zamieszkania na żadne inne” – to szczęście, bo wielu nadal szuka swojego miejsca i odszukać nie może… A morze pięknie szumi…:)

  16. Hej Puszku hej. Wspanialy post, kazde slowo to jak poezja owiana letnim wietrzykiem. Rok temu bylismy nad morzem w Jaroslawcu ale to wiesz bo pewnie pamietasz post ze zdjeciami. W tym roku tez mielismy jechac no ale koronawirus. . . Bardzo mi sie podobalo w tamtym miejscu. Nie powiem ze nie wole gor bo wole ale tam tez mi sie podobalo. Lubilam wieczorem siedziec na plazy i czytac i czekac na zachod skonca. Na wschod niestety sie zwloklam a szkoda.

    Pozdrawiam serdecznie Ciebie i bliskich. Buziole dla Jagodzianki

    1. Zachody słońca są piękne, ale to wschody słońca mają największą moc. Już kiedyś o tym pisałam – terapia wschodem słońca, taka terapia na plaży to musi być bajka 🙂 Tak, tylko trzeba się zmotywować i odszukać siłę by wstać 😉 Pozdrawiam serdecznie i dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *