I nie wróciłeś książka Loridan – Ivens. Obóz i moje stanowcze nie.

I nie wróciłeś książka Loridan – Ivens. Obóz i moje stanowcze nie.

Wielu nie wróciło. Dużo za dużo. Nie poszli sami. Zabrani, przymuszeni, zwabieni. W pierwszym wpisie jaki powstał na blogu Puch ze słów pisałam o tym, że wszystko ma odcienie, nic nie jest czarne lub białe, że szukam złotego środka itd. Jest jednak kilka tematów w moim życiu, w których nie szukam złotego środka i w których białe to białe, a czarne jest czarne. W tych kilku sprawach jestem bezkompromisowa. To duszący temat, jednak kto mnie zna wie, że musiał się tu pojawić wcześniej lub później. Pojawił się stosunkowo szybko. Temat wałkowany, męczący i ciężki. Trudno. Ma być wałkowany, aż do upadłego, aż coś zrozumiemy. Temat jak kamień przywiązany do nogi, a skoczyć trzeba do wody…

Pisałam tu, od jakiej książki wybuchła moja miłość do czytania, tak, Najmłodsi żołnierze walczącej Warszawy. Spotkanie z tą książką zapoczątkowało szczerą podróż do świata książek i do świata historii II wojny światowej, zwłaszcza z perspektywy zwykłych-niezwykłych ludzi. Nie wiem czemu tak się stało, czemu ten kierunek. Jestem pod wrażeniem, co człowiek może zrobić dobrego, godnego i wartościowego nawet na tle zagłady, śmierci i ciemności. Może nie zrobić też nic na tym czarnym tle, może chcieć tylko przeżyć i to też trzeba zrozumieć i nad tym się pochylić. Jestem też wypełniona współczuciem do tego co było. Co my możemy wiedzieć? Nie wiemy prawie nic, mimo tylu przeczytanych książek…

Książka I nie wróciłeś M. Loridan – Ivens, jest jedną z wielu historii na tle ciemności. Kolejna książka, którą przeczytałam o tematyce wojny. Jest ich już tak dużo w mojej pamięci i sercu. Każda z nich jest jak uderzenie w twarz, ale każda z nich jest też jak pocałunek nadziei. Prosto w usta. Bezkompromisowo w usta – najbardziej intymnie i prosto. Książka I nie wróciłeś jest nieduża, jest skromna w swych gabarytach. Treść ma bogatą, jak każda tego typu książka. Na jej przykładzie poruszam dziś temat wojny i obozów hitlerowskich. Czemu ta książka? Bez większej przyczyny. Tak znowu zadecydował los.

„Może trudno ci będzie w to uwierzyć, ale mimo tego, co nas spotkało, byłam osobą pogodną.”

Marcelin opowiada swoją historię w sposób wzruszający. Nie użala się nad sobą, nie koloryzuje, nie ciągnie i nie rozwija spraw w nieskończoność. Pisze krótko, rzetelnie i dosadnie. Czasami ma się wrażenie, że chłodno, jednak pod tym pozornym chłodem kryje się coś potężnego – miłość. Jej sposób opowieści jest nasączony uczuciem, ale w inny sposób niż przywykliśmy. Jako młoda dziewczyna trafia wraz z ojcem do obozu koncentracyjnego, który zmienia wszystko w jej życiu i w życiu jej bliskich. Jej relacja z ojcem jest specyficzna i wyjątkowa. Wyciska łzy… Wagony bydlęce, baraki, praca i czerń. Biała jest nadzieja…

‘Byłam twoją ukochaną córeczką. Bo mając piętnaście lat, wciąż jest się jeszcze córeczką tatusia. Jest się nią zawsze, bez względu na wiek”.

Co zapamiętała? Czego się nauczyła? Co się z nimi stało? Czy mimo, że ciało wyszło z obozu, to duch też?

Oczywiście nie zdradzę. Książka ma w sobie prostotę, ale i siłę. Wydaje mi się, że książka czy tego chcemy, czy nie, próbuje nas postawić w podobnej sytuacji, czytelnika i jego ojca… Nie jest nachalna, ale konsekwentnie dąży do tego byś pomyślał, poczuł jak to jest, wyobrażając sobie siebie i swojego tatę na miejscu Marcelin… Ciężko. I to było dla mnie najtrudniejsze i najbardziej wzruszające w czarnej podróży, w jaką zabrała mnie autorka.

„Jeszcze dziś, kiedy słyszę, jak ktoś mówi ‘tata’, podskakuję, chociaż minęło już siedemdziesiąt pięć lat”.

To duszący temat.

Niewygodny, prawda?

Wałkowany…

Odkąd zaczęłam wałkować książki o holokauście, wiedziałam, że przyjdzie taki moment w moim życiu, kiedy będę chciała odwiedzić miejsce, z którym przyszło się zmierzyć bohaterom moich książek, które trafiały pod mój dach i pod moje serce. Podchodziłam do tego bardzo emocjonalnie, może za bardzo, ale nie ważne, tak było i wpływu dziś na to nie mam. Zaplanowałam trasę południem Polski. Na pierwszy ogień poszedł  Oświęcim, potem miałam się oddalać od tego miejsca w kierunku Sudetów. By się dostać do obozu musiałam przejechać około 500 km.

Stanęłam przed bramą.

– A więc to jest miejsce, o którym tak wiele czytałam, na które czekałam, a jednocześnie nienawidziłam.

(Ostatnio w internecie czytałam, że ludzie robią sobie zdjęcia na torach, ćwicząc równowagę).

Dzień w którym „zwiedzałam” Auschwitz, był dniem kwietniowym, wyjątkowo słonecznym. Teren obozu tego dnia nie był oblężony przez turystów, sprawiał wrażenie pustego. Było kilkanaście osób, ja i wiatr… Wiedziałam już sporo o miejscu, z którym stanęłam oko w oko, przecież czytałam. I gdy tak staliśmy oko w oko, to przyznać musiałam, że nie wiem nic. To miejsce więcej wiedziało o mnie niż ja o nim. Widziało tysiące takich ludzi jak ja…

Baraki murowane, baraki drewniane, wspomniane tory, miejsce pamięci, gdzie około 80 lat temu trzeba było się rozbierać…, a w nim fotografie osób, które tu przyjechały 80 lat temu. Robi ‘wrażenie’, tak bardzo, że zaczyna mnie mdlić. I zaczynam się pocić, nie to nie pot, to oczy robią się wilgotne. Co ja mogę wiedzieć, nic. Przypomina mi się tak wiele ludzi, o których czytałam w książkach, a myśl, że tu byli nie daje spokoju. Jestem w tym samym miejscu, w którym byli oni.

Wróć.

Nie jestem w tym samym miejscu, w którym musieli być oni, bo zostali zmuszeni.

Emocji kotłuje się we mnie wiele i tak naprawdę to wszystko, co zobaczyłam, czego doświadczyłam odwiedzając Auschwitz, dotrze do mnie za jakiś czas, stopniowo i długo. Tego nie da się ogarnąć i zaakceptować w jeden dzień. To trzeba przemielić. Starałam się pochłaniać jak najwięcej, dużo zapamiętać i mierzyć się na bieżąco z emocjami, które nawiedzały moje myśli i ciało, co łatwe nie było i jak się okazało było niemożliwe.

Jedynie Ci, którzy przeżyli obóz zagłady, dokonali niemożliwego.

Druty, wieże strażnicze, brama. Dotykałam tych drutów, czytałam we wspomnieniach wiele na ich temat. Były staranie opisywane i zapamiętane. Zaduma i ciężar. Chciałam jak najwięcej ‘doświadczyć’, nie wiedziałam czy jeszcze kiedyś tam przyjadę i czy jest sens… Los pisze różne scenariusze  i tak potoczyło się moje życie, że za jakiś czas, na kilka lat zamieszkałam 10 km od obozu. Pierwsza wizyta w obozie jest najbardziej emocjonująca i trudna. Kolejne ‘odwiedziny’ odbyłam na rowerze, jadąc wzdłuż ogrodzenia… Tak to bywa…

Na temat holokaustu, napaści i mordu jestem bezkompromisowa. I taka myśl – czy nie powinno się tam pojechać chociaż raz w życiu? Spojrzeć… Po co? Każdy sam powinien sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Byłam tam, obóz wygląda jakby spał. Ale czy na pewno?

Otwieram księgę, w której można się wpisać. Przeglądam, dużo różnej narodowości, wiele wpisów, wiele słów. I ja wpisuję zwykły – niezwykły sprzeciw, mówię stanowcze NIE. To dla mnie ważne, mimo, że tamtym już nic nie pomoże. Ale może tym…

Dobra życzę asia

Końcowe pytanie? Każde, które zadam będzie bezsensu, jeśli czujecie taką potrzebę i chęć napiszcie po prostu co czujecie…

22 komentarzy do “I nie wróciłeś książka Loridan – Ivens. Obóz i moje stanowcze nie.

  1. Te historie nigdy nie spowszednieją i zawsze poruszają. Tym bardziej nie pojmuję, jak może ktokolwiek twierdzić, że obozów nie było…
    Byłam w Oświęcimiu może dwa, trzy lata temu, był upał, skończyłam wcześniej, mąż zwiedzał do końca sam, nie byłam w stanie.

  2. To trudne jest jednak prawdziwe, też byłem i pamiętam wszystko, książki nie czytałem natomiast ostatnio czytałem Tatuażysta z Auschwitz Morris o której jest głośno.

    1. O trudnych tematach trudno się pisze, czasami słowa nic nie pomagają A jeszcze przeszkadzają… pozdrawiam

    1. Ja świadomie chciałam tam pojechać, czułam taki ‘obowiązek’ trudno to opisać i wytłumaczyć. pozdrawiam

  3. Witaj
    Byłam raz w Oświęcimiu w obozie, bo blisko zamieszkałam i uważałam, że muszę tutaj być.
    I do tej pory czuję w sercu ból, współczucie.
    Moja Córka z wycieczką klasową była jeszcze w podstawówce. Po powrocie w nocy płakała, przeżyła ogromnie.
    Wypytywała, czytała książki, oglądała filmy. Poruszona do głębi.
    Pozdrawiam refleksyjnie:)
    http://spacerem-przez-zycie.blogspot.com

    1. Witam. Tak to są ciężkie tematy i ciężka historia. Trudno się o tym pisze i trudno czyta. Zastanawiam się czy dzieci z podstawówki ‘muszą’ tam zaglądać tzn. czy jest jakiś tego sens… Nie wiem. pozdrawiam

  4. Od razu przypomina mi się książka, którą niedawno przeczytałam – ,,Czesałam ciepłe króliki”. Tematyka podobna, wręcz taka sama i o pozytywnym brzmieniu. Myślę, że negatyw przeżyć w obozach opisywanych jako ,,piekło” mogło się trochę przejeść. A przynajmniej trochę można tak uważać, gdy nagle natrafi się na coś zupełnie innego, pisanego bez większych zmartwień o tak przecież trudnych latach.

    Doświadczenie tego miejsca tak dokładnie jak Ty jest czymś bardzo głębokim. Oczywiście można tam pojechać i popatrzeć, ale żeby to zrozumieć trzeba trochę oczytania – tak jak w Twoim przypadku.

    Ściskam,
    Inka

    1. Hej. Czesałam ciepłe króliki – tytuł jest dziwny i trochę groteskowy, biorąc pod uwagę tematykę. Może tak ma być… Nie czytałam, ale już wiem że książka zapewne jest ciekawa i niesie spory przekaz. Tak, można tam pojechać i pooglądać, lub pochodzić po torach albo w ogóle nie jechać – jak kto woli i uważa… Pozdrawiam i też ściskam

      1. O dziwo tytuł nawiązuje do wydarzeń z książki, natomiast dobrany jest prawdopodobnie celowo. W każdym razie gdyby się człowiek nie zagłębił, to chyba nigdy by nie wpadł na to, że to taka tematyka 😀

        1. Domyślam się że tytuł jest dobrze dopasowany jest intrygujący i kontrastowy i trochę kontrowersyjny… czyli tak miało być. Poczytałam o tej książce i myślę że warto. Dzięki

  5. Czytałam już ten Twój tekst 2 razy i zupełnie nie wiedziałam co mam napisać.
    Teraz też nie wiem więc może nadal będę milczeć.

    A dla Ciebie wyrazy najwyższego uznania za to, że czytasz takie książki i jeszcze potem o nich piszesz.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie

    1. Witaj, w duszy wiele się kotłuje, ale pisać o tym tak by było godnie I adekwatnie jest wyzwaniem… Nie sprostałam prawdzie bo nikt nie sprosta ,kto tam nie był 80 lat temu… pozdrawiam

  6. Ehh.. czytam teraz Kołysankę z Auschwitz i momentami muszę przerwać, odłożyć na kilka dni i ochłonąć. Ciężka książka, tematyka niby tak dobrze znana a za każdym razem skóra cierpnie.. Nigdy nie pogodzimy się z tym cierpieniem, bólem, tęsknotą, głodem, skrajnymi emocjami z jakimi musieli mierzyć się niewinni dorośli ludzie.. ale i też bezbronne, pragnące bezpieczeństwa u boku swojej ukochanej mamy dzieci.

    Pozdrawiam Cię Asiu, spokojnej nocy :*

    1. Hej. Póki nie miałam Jagodzianki byłam bardziej odważna w czytaniu wszelakich książek o temacie wojennym, obozowym itp. Dziś uważam bardziej, bo kosztuje mnie to za wiele emocji. O Kołysance słyszałam i kiedyś gdy nie miałam jeszcze córki już dawno byłaby przeczytana, dziś czeka A ja myślę… Pozdrawiam i spokojnego dnia życzę.

  7. Gdy ludzie stają się bogami… ile nam brakuje do morderców ? Ile z nas jest morderczyniami ? Jesteśmy lepsze bo widział tylko Bóg co zrobiłyśmy? Jak trzeba kochać ludzi by pozwolić im nawet na takie rzeczy bo przecież są wolni. Jak trzeba kochać…

    1. Witam.’Być grzesznikiem, to nasze nieszczęście, Ale być tego świadomym – to nasza nadzieja.’ pozdrawiam

  8. Dzień dobry,
    opowiem Ci historię autentyczną.
    Tak jak Ty czytam dużo na ten temat z wielu powodów. Odwiedziłam wiele Tych Miejsc i pewnie jeszcze do nich wrócę – choć potęgują tak wiele uczuć… kiedy byłam w Auschwitz po raz pierwszy miałam około 15 lat – wiedziałam z czym się tam zetknę, bo już wtedy nałogowo chłonęłam literaturę, filmy i dokumenty na ten temat. Znałam również relacje osoby, która tam była i doświadczyła.
    Kiedy weszłam z grupą towarzyszących mi osób na teren obozu… tego nie da się opisać. Zgasła mi dusza… jak za każdym razem, kiedy tam jestem.
    Na koniec stałam na obozowej drodze przy pawilonach i byłam pełna huraganu emocji. I wtedy usłyszałam ten gardłowy krzyk – Halt! Zmroziło mnie zupełnie jakbym spodziewała się salwy z karabinu. Tupot nóg i powtórny krzyk – Halt!
    To tylko niemiecki turysta gonił siostrę po alei krzycząc słowa od jakich uczestniczce naszego tam pobytu stanęło prawie serce. Kiedyś to miejsce było dla niej codziennością…

    1. Hej. Dziękuję za opowieść którą się z nami podzieliłaś . Niemiecki turysta…-przemilczę , nie potrzeba się zagłębiać w to, każdy wie jak jest i jak było i jak to brzmi i wygląda… Wiesz co czuję ,wiesz co myślę, wiesz … Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *